Zapraszamy do lektury. W poszukiwaniu utraconej tęczy to tytuł pracy nagrodzonej I miejscem w konkursie „Życie bez wzroku”. Autorem tej pracy jest Edyta Miszczuk która w tym roku wzięła udział w naszym projekcie pływając w Chorwacji.


W poszukiwaniu utraconej tęczy

Edyta Miszczuk

I miejsce w konkursie „Życie bez wzroku”

No i stało się to, co stać się nie powinno – nie tylko mnie, ale nikomu, nikomusieńku. Siedzę sobie na łóżku szpitalnym, może na taborecie w kuchni, może na ławce w parku, może na wersalce w dużym pokoju, może we wszystkich tych miejscach i wielu innych, może stoję lub leżę, a przede mną ani mgła, ani zwid, ani zły sen, ani betonowy mur, bo zbyt nieustępliwa, jednostajna, niematerialna, za to bardzo realna, bo po prostu jest, bo odgradza mnie od tego, co poza nią. Ta nieprzenikniona zapora, o istnieniu której nie miałam dotąd bladego pojęcia i której – wiem to na pewno – nie widzą widzący, ma w sobie coś groźnego i zarazem fascynującego; budzi uzasadniony lęk przed nieznanym i niemniej uzasadnioną potrzebę eksploracji. Ale, czy rzeczywiście jest aż tak nieprzenikniona, na jaką wygląda lub chce wyglądać? Żeby chociaż zdobiły ją lub szpeciły jakieś pseudoartystyczne grafity, jakieś bazgroły wykonane ręką dziecka czy inne esy-floresy nadające jej cech czegoś znanego, konkretnego. Najlepiej, żeby była nicością!

Ostrożnie wyciągam rękę przed siebie – chcę sprawdzić, na jaką odległość oddaliłam się od poprzedniego życia lub jak daleko mam do tego nowego. Wychylam się do przodu, wstaję, robię krok naprzód, potem drugi, trzeci i całą sobą uderzam w coś twardego: ściana! Jest pomalowana na ciepłą zieleń mchu – Pamiętam ją tak dobrze, jakbym tu i teraz na nią patrzyła. Głaszczę jej lekko chropowatą powierzchnię, dając do zrozumienia, że jest mi bliska, jest dla mnie ważna, bo wyznacza namacalną granicę w przestrzeni, która – niczym ta kosmiczna – nigdzie się dla mnie nie zaczyna i nigdzie nie kończy.

Kilka kroków w prawo i kolanami uderzam w bok fotela wyściełanego misiowatą narzutą w kolorze palonych ziaren kawy. Potem będzie niski, podłużny stół zwany ławą i znowu fotel – bliźniak tego pierwszego. Na ławie stoi smukły wazon z mlecznego szkła, a w nim trzy ciemnoróżowe piwonie – z daleka czuję ich słodkawy zapach. Przesuwam ręką po białym, koronkowym bieżniku w poszukiwaniu pojedynczych płatków, które oderwały się od ogromniastych, delikatnych jak jedwab i chłodnych w dotyku pomponów. No, taka natura tych kwiatów, że gubią to, co czyni je pięknymi.

Wędrujące po koronkowym deptaku palce podskakują radośnie, gdy niby to niechcący potrącają szeleszczącą przeszkodę – to uwięzione w foliowej torebce słodkie żelki w kształcie dżdżownic, prezent od małego gościa. No tak, teraz większość podarków albo pachnie albo jest przestrzenną bryłą albo brzmi albo wszystko to naraz, nie wyłączając koloru, bo wszystko, co wymyślił człowiek i stworzyła natura jest jakiegoś koloru.

Kolejny krok i moja ręka spocznie na parapecie, a skoro parapet, to i okno z okiennicami otwieranymi do wewnątrz – teraz złączonymi, tworząc jedną, ale niejednolitą powierzchnię. Dotykam szyby – jest ciepła, bardzo ciepła. Zresztą nie trzeba jej dotykać, żeby ciało poczuło bijący od niej żar. Nic dziwnego – jest czerwiec, samo południe, a okno wychodzi na wschodnią część świata, skąd słonce zaczyna leniwą przechadzkę po nieboskłonie.

Wyciągam rękę ku górze, by sprawdzić, na jaką wysokość podciągnięte lub opuszczone są kremowo-żółte, trochę już wypłowiałe rolety. Obie nieco opuszczone, choć ta po prawej kilka centymetrów niżej – nazywam to elegancką asymetrią. Musi tu być teraz bardzo jasno – tak jasno, że aż widać wirujące w promieniach słońca pyłki kurzu. Ot, piękny spektakl z udziałem światła i małych drobinek domowego brudu! Jak dobrze, że to, czemu z niemym zachwytem przyglądałam się kiedyś, zarchiwizowałam w pamięci, etykietując oglądane zjawisko jako samorodne dzieło sztuki stworzone przez najzdolniejszego artystę, samą naturę.

Jeszcze jeden duży krok i docieram do miejsca styku jednej ściany z drugą. W tym miejscu stoi wysokie, prostokątne lustro okolone drewnianą ramą – sama je kiedyś wybierałam, sama w tym kącie ustawiałam. Przez jego górną, prawą krawędź przewieszona jest beżowa apaszka przetykana milionem złotych nitek. Apaszka jest mięciutka, miła dla delikatnej skóry szyi i dekoltu i wciąż pachnie moimi nowymi perfumami, w których dominuje słodka cytryna.

Ustawiam się metr przed lustrem – wiem, że naprzeciwko mnie jest druga ja: „W lustrze i przed nim stoi kobieta z ciemnymi włosami splecionymi w luźny warkocz, z grzywką sięgającą ciemnych brwi. Odważnie patrzy sobie prosto w oczy o brązowo-zielonych tęczówkach z domieszką melancholii. Uśmiecha się do siebie uśmiechem Mona Lisy. Ubrana jest w turkusową, koszulową bluzkę z podwiniętymi za łokieć rękawami, wypuszczoną na dżinsowe spodnie w kolorze blue. Na bosych stopach ma skórzane sandały-rzymianki. Jedyna biżuteria, jaką ma na sobie, to srebrny łańcuszek o delikatnym splocie z małym, prostokątnym medalikiem z wizerunkiem Matki Boskiej widzianej z profilu oraz para wkręcanych kolczyków w kształcie szkarłatnych kulek”. Mniej więcej tymi i wieloma innymi słowami opisałaby mnie mama, któraś z koleżanek lub każdy inny, kto by akurat wtedy na mnie patrzył. Bo człowiek – nawet po zmroku – nie tylko jest swoim głosem i mieszaniną zapachów, ale nadal wygląda, nadal jest feerią barw.

Robię krok w bok – nie ma mnie już w lustrze. Teraz odbija się w nim wiszący na przeciwległej ścianie tkany obraz zatytułowany „Zagubiona tęcza”. Utkała go 80-letnia artystka, Ludwika Olszewska. – Wiedziała Pani, że tka go właśnie dla mnie? – Utkały go jej ręce, oczy i serce. Utkały go słowa fraszki Jana Sztaudyngera: „Nie każdy deszcz, nie każdy wieszcz (za to ręczę). Umie wydobyć z siebie tęczę”. Utkały go nitki życia, w których pogoda przeplata się z niepogodą, w których deszcz, słonce i wiatr znaczą tyle samo, w których mrok i jasność – dwa bratanki, a ulotna i samowolna z natury tęcza jest wyczekiwaną nagrodą, ale tylko dla tych, którzy w nią wierzą. Bo, czyż to nie wiara czyni nas silniejszymi, cierpliwszymi, wrażliwszymi i odporniejszymi na trudy życia?

Pół roku temu, gdy krajobraz zdominowała puszysta biel, moje wszystko wiedzące i widzące w moim imieniu lustro opowiedziałoby o tym, jak pewnego grudniowego dnia przyniosłam pachnącą świerkowym igliwiem gałązkę, jak z pomocą cienkiej żyłki zawiesiłam ją na wbitym w ścianę gwoździu, jak potem ozdobiłam ją kolorowo pachnącymi dzwoneczkami i jak sama te dzwoneczki formowałam: „Z niewielkiego, płaskiego pudełka wyjęła małą, czerwoną kostkę modeliny. Ugniatała ją raz w jednej, raz w drugiej ręce, ugniatała i ugniatała, aż z twardej kostki zrobiła się miękka, nieokreślonego kształtu bryła. Dodała do niej szczyptę cynamonu i nadal ugniatała. Pachnącej cynamonem czerwieni, samymi tylko opuszkami, nadała kształt dzwoneczka. W jego wnętrzu umieściła dwa cieniutkie sznureczki, a ich końce oblepiła małymi, czerwonymi kuleczkami”. Tak, tak, lustro prawdę mówi! To samo uczyniłam z trzema innymi kostkami modeliny – każdą wymiętosiłam i każdą naznaczyłam innym aromatem: niebieską anyżowym, żółtą wanilinowym, różową lawendowym. Modelinowe dzwoneczki, po utwardzeniu w rozgrzanym piekarniku, zawisły na choinkowej gałęzi – odtąd każdy pachniał swoim własnym kolorem!

Odruchowo obracam głowę w lewo, skąd dochodzą dźwięki nadawanej w radiu znanej mi piosenki – to Ewa Bem śpiewa: „Do przodu żyj, żyj kolorowo, marzenia najbarwniejsze miej…”. Lubię wokalistkę i utwór, więc tkwię w miejscu, przytupując do rytmu, chcąc dosłuchać do końca. Muszę wytężać słuch, żeby wychwycić wypuszczoną na wolność melodię. Radio znajduje się w pomieszczeniu obok. Wydobywające się z głośników dźwięki, zanim złowi je mój aparat słuchowy, muszą pokonać kawał drogi i poobijać się o ściany, meble, dywany, żyrandole i inne przedmioty wypełniające mieszkanie. Za chwilę w kolorowy song wjedzie TIR, za nim następny i następny, bo tędy szybciej, bliżej, krócej do celu, rozszarpując tekst i melodię na strzępy jak starą szmatę. Kilka taktów miarowego tykania zegara i znowu fortissimo allegro animato. W tej właśnie chwili moją czasoprzestrzeń wypełnia jazgot śmigających w tę i we w tę czarno-brązowych jerzyków – w tych to dopiero jest decybelowa moc! Są tak szybkie i głośne, że bardziej je słychać, niż widać. Ale, czyż nie dlatego je pokochałam?

Gość w dom – porcelanowe filiżanki na stół! Bo nie ma takiego hałasu, który zdołałby zagłuszyć zapachu świeżo zaparzonej kawy, a taki właśnie wdziera się w moje nozdrza. Kontrastowa zima jestem, więc do czarnego, aromatycznego napoju najbardziej mi pasuje biała, przesłodka czekolada. Oj, nietrwała to kompozycja – ani szachownicy, ani pionków z tego nie zrobię. Zresztą, nie o warcaby ani szachy tu chodzi – nie tym razem. Przyjaciel do zadań specjalnych czeka już w progu. Dokąd tym razem, drogi przyjacielu, droga przyjaciółko? Do kina, teatru, parku, filharmonii? Na spotkanie z naszym ulubionym pisarzem, nieznanym poetą? O czym chcesz mi opowiedzieć, czym wypełnić chłonną jak gąbka wyobraźnię, jakimi słowami odmalować otaczający nas świat? Po omacku sięgam po buty, torebkę, apaszkę, żakiet, telefon, klucze, butelkę perfum i po omacku wsmarowuję w usta błyszczyk koloru dojrzałego arbuza – wszystko teraz robię po omacku. No, jestem gotowa: zaczynaj swą gawędę.

Sławku, Łucjo, Olgo, Wojtku i Ty, mała Agatko, to waszymi słowami patrzę na świat, waszymi słowami podziwiam dzieła sztuki, krajobraz miejski i wiejski, widok z okna w kuchni, wystawy sklepowe, ludzi siedzących obok przy kawiarnianym stoliku. Waszymi słowami przyglądam się rudej wiewiórce w parku, szylkretowej kotce na parapecie, kwitnącym jabłoniom w sadzie, maleńkim rybkom w akwarium i Wielkiej Niedźwiedzicy na niebie. Ach, jeszcze Ewka – ona najpiękniej czyta wiersze, banery reklamowe, spis dań w restauracji, rozkład jazdy tramwajów. To ona najchętniej trwoni mój i swój czas na oglądanie książek w księgarni. Wyjmuje jedna po drugiej z regału, daje mi do ręki – znacząco pukam w twardą okładkę: „Opiszesz…?”. Delikatnie przewracam stronice, a jest ich kilkaset, upajając się wonią świeżo wydrukowanej opowieści. Te w bibliotece i antykwariacie pachną inaczej – pachną zużyciem lub zapomnieniem. Tylko te czytane mają zapach życia.

Ta, którą dzierżę w dłoni, za którą zaraz zapłacę i otulę warstwą papieru upstrzonego stokrotkami, a na koniec przewiążę seledynową wstążką, będzie prezentem. Wiem, o czym i o kim jest, bo czytały ją już moje palce. One pierwsze zignorowały światłoszczelną zaporę – pierwsze się przez nią przebiły, sięgając po to, co najważniejsze, co najpierwsze. Bo, czyż nie słowo było na początku…?

A więc jeszcze raz: wyciągam przed siebie rękę – tym razem trafiam na ciepłą, ludzką dłoń, mocno ściskającą moją. A więc nie jestem tu sama i nie jest tu nijak, byle jak też nie jest – mój świat nadal mieni się kolorami. Odnajduję je w spadających na parapet kroplach deszczu, potrząsanej grzechotce i pianiu koguta, w zasuszonej róży, szorstkiej korze dębu i starym kocu w kratę, w świeżo skoszonej trawie, przypalonym mleku i wypranym podkoszulku, w topniejących kostkach lodu, krojonym na mizerię ogórku i obieranej palcami pomarańczy.

Kolory są wszędzie – są tam, gdzie chcę, żeby były: bo ja święcie wierzę w tęczę!