Tym razem zaczęło się wszystko zgodnie z planem. Autokar był na czas, ruszyliśmy w komplecie, no prawie w komplecie. Jeden z uczestników z przyczyn obiektywnych dojechał na Zawiszę dopiero w Tallinie. Podróż przebiegła sprawnie i ku zaskoczeniu „mocno zmęczonej zajęciami poprzedniego wieczoru” załogi rejsu pierwszego, przed ósmą zatrzymaliśmy się burta w burtę z Zawiszą Czarnym.
Pogoda miała wobec nas niecne zamiary, nawet zaczęło padać i Ci, którzy pamiętali deszczową wymianę załóg w roku ubiegłym, poczuli się niespokojni. Szczęśliwie były to tylko pogróżki. Dzień wspólny dla obu załóg upłynął w zadumano -ciekawej atmosferze. Zadumanie gościło na twarzach opuszczających okręt, którzy i trochę do domu wracać chcieli, i czuli przemożną magnetyczną siłę morza i Zawiszy Czarnego. Ciekawość za to była domeną nowych przybyszów. Pierwsze dotyki grubych lin, pierwsze ogarnięcia wzrokiem tak znanego jachtu, pierwsze sprawdzania własnej koi… Około osiemnastej uczestnicy pierwszego rejsu ruszyli w drogę powrotną, a my zostaliśmy z… uszkodzonym silnikiem.
Ponieważ szczęście nas jednak lubi, to okazało się, że mamy swoich ludzi również w Tallinie. Udało się naprawić uszkodzoną część. Nastroje w załodze są optymistyczne, choć nie mieliśmy tak długiego czas jak rejs pierwszy na zintegrowanie załogi. Nie mamy co prawda słynnej ekipy białostockiej, za to mamy Blues Brothers, więc śpiewu i gitary u nas dostatek. Wkrótce kończymy swój pobyt w Tallinie i pożegnamy się z dostępem do Internetu. Obiecuję kolejne relacje
z pokładu.
Roman
| < Poprzednia | Następna > |
|---|

